15.1.08

Zjem wam dywan

Szanowny panie redaktorze, uprzejmie proszę o ułatwienie mi nauki języka rosyjskiego, ale metodą korespondencyjną. Zaraz wyjaśnię dlaczego.
Między mną a moim synem dochodzi ostatnio do nieporozumień. Wszystko przez ten rosyjski. Syn za wszelką cenę chce mi zaimponować. Któregoś dnia powiada do mnie:
– Wiesz, tato, byłem u Wojtka. Mówię ci – pycha! Oni mieszkają w pięknym zdaniu.
– Mieszkają w zdaniu? – dziwię się. – Co ty wygadujesz? Zdanie, jak mnie uczono w szkole, to podstawowa jednostka składniowa, zorganizowana gramatycznie wokół formy osobowej czasownika.
– Tata nic nie rozumie. Po rosyjsku „zdanie” – to budynek. A oni dostali mieszkanie w nowym bloku. Mówię tacie, ten Wojtek wszystko ma. A jakie baboczki! Może ze dwadzieścia sztuk.
– Ja… jakie baboczki? – martwieję. – Przecież mieliście się uczyć!
– Uczyliśmy się – powiada – ale potem oglądaliśmy kolekcję jego baboczek. Sam je podłapał, uśpił eterem i poprzekłuwał. „Baboczka” to motyl po rosyjsku. Jego mama też je oglądała i dała nam pitanie.
– Pytanie się stawia, nie daje.
– Niech będzie – postawiła nam na stole pitanie: kaszanka i marynowane ogórki.
– Nic nie rozumiem.
– Ojej, tata ani cytaty, ani pisaty. „Pitanie” to po rosyjsku jedzenie. Potem piliśmy herbatę i, wiesz, niechcący rozbiłem czaszkę.
– Boże kochany! Komuś rozbił głowę?
– Nie głowę, tylko czaszkę – filiżankę. Ty uważasz, że jak dokądś idę, to zaraz musi być debosz.
– Co za dobosz znowu? Co dobosz ma z tobą wspólnego? Pleciesz jak Piekarski na mękach.
– Naprawdę sam już nie wiem, jak mam z tatą rozmawiać. „Debosz” to nie nasz dobosz, co dawniej w orkiestrze wojskowej grał na bębnie, ale awantura, chryja, rozróba – po rosyjsku.
Kilka dni temu byłem u niego w szkole na wywiadówce. Wychowawczyni powiedziała, że robi duże postępy, szczególnie w rosyjskim. Bardzo się ucieszyłem i zapytałem go, jak do tego doszedł, dobra rada może się przydać.
– Uczyłem się całą niedzielę – powiada.
– Syneczku – ja na to – nie bujaj ojca. W niedzielę byłeś w kinie, dobrze pamiętam.
– Z tatą nie można dojść do ładu. Po polsku niedziela – to po rosyjsku woskresienje, zaś „niediela” po rosyjsku – to po polsku tydzień. A ja się uczyłem cały tydzień.
Wczoraj to już zupełnie nie mogliśmy się dogadać. Wchodzi do pokoju i mówi:
– Zmęczyłem się ganianiem po piętrach, usiądę na diwanie.
– Syneczku kochany – powiadam – dlaczego na dywanie? Siadaj sobie na kanapie.
– Właśnie kanapa nazywa się po rosyjsku „diwan”. A dywan, taki jak ty myślisz, to wcale nie dywan, lecz kawior.
– Co ty wygadujesz? Kawior jest do jedzenia, bardzo smaczny.
– Wiem, ale po rosyjsku kawior to „ikra”. Zapomnij sobie.
To już mnie poniosło.
– Żarty sobie z ojca stroisz? Najpierw mi tłumaczysz jak chłop krowie na granicy, gdy już zaczynam się orientować, każesz mi zapomnieć!
– Oj, tato, tato. „Zapomnij” – po rosyjsku znaczy zapamiętaj. A zapomnieć po polsku – to po rosyjsku „zabyć”.
– Zabić? Kogo zabić? O, Boże!
Innym razem pochwalił się matce, że zjadł cały łuk, a gdy mało nie zemdlała, wyjaśnił, że „łuk” to cebula. A „stuł” to nie stół, tylko krzesło. „Dziadzia” – nie dziadek, lecz wujek, „niewiesta” to nie niewiasta, ale narzeczona, a „nosok” to nie nos pieszczotliwie, lecz skarpetka.
I tak codziennie, panie redaktorze, znęca się nade mną, więc sobie pomyślałem: gdy nauczę się rosyjskiego, wsio będzie charaszo. Ale nie chcę, żeby syn o tym wiedział. Naukę pragnę pobierać w tajemnicy przed nim metodą korespondencyjną. Powiedzcie mi, jak to trzeba załatwić, pomóżcie biednemu ojcu. Bo jak nie, to przyjdę do waszego zdania, zjem wam cały dywan i zrobię takiego debosza, że mnie zapomnicie na całe życie. Tfu, co ja wypisuję, bardzo przepraszam.
Stroskany ojciec

Andrzej Ochocki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz